Stan błogiego bezrobocia trwał u mnie równo miesiąc.
W związku z tym, że nie jest to popularny zwyczaj wiele osób zaangażowało się w pomoc w znalezieniu mi nowego zajęcia: podsyłali ogłoszenia, wypytywali znajomych, śledzili rynek. Już po miesiącu odezwał się znajomy z propozycją pracy tymczasowej. Przystałam na to, bo portfel pustoszał, a praca jest w moim wyuczonym zawodzie :) I chyba ja też nie byłam gotowa psychicznie na zniesienie braku konkretnego zajęcia przez taki długi okres.
Jak minął mi okres funemploymentu?
Pierwszy tydzień spędziłam w łóżku. Dopadło mnie przeziębienie, gorączka i osłabienie. Organizm wyczuł, że w końcu jest chwila wytchnienia i wykorzystał to.
Potem zaczęłam uczyć się nowych umiejętności - w nowej branży. Stwierdziłam, że może warto pomyśleć o przebranżowieniu? W końcu IT teraz jest najbardziej pewną branżą. Przygotowywałam się do certyfikatu, kupiłam książkę, wydrukowałam sylabus i zaczęłam naukę. Myślałam, że potrzebuje na to kilka tygodni, ale ciągle nie mam odwagi zapłacić 1000zł za możliwość podejścia do egzaminu. Tym bardziej, że skończył mi się okres funemploymentu i nie mam już tyle czasu.
Czytanie książek też podskoczyło w rankingu wykonywanych czynności. Staram się czytać jedną książkę na tydzień. Teraz czytam też w autobusie.
Wznowiłam duolingo i mam już 96 dni z rzędu. To mój rekord :) I czuję, że angielski mam na dobrym poziomie, a francuskim na dużo lepszym niż rok temu.
Co mi dał okres bezrobocia?
Odpoczynek, wyczyszczenie umysłu z niepotrzebnych myśli.
Pozytywne nastawienie do zmian.
Dostrzegłam, że ciągle nie wiem czego chcę i chciałabym wszystko. Nad tym muszę popracować.
A przede wszystkim zrozumiałam, że jednak w moim życiu potrzebna jest praca, by potem lepiej wykorzystać czas na swoje przyjemności. Im więcej mam na głowie tym lepiej organizuję czas.
Na pewno kiedyś jeszcze spróbuje funemploymentu. Muszę tylko uzbierać większą poduszkę finansową i uzbroić się w więcej pozytywnej energii i asertywności.